Tag: porażka

doświadczeniadyrektor na miarę czasówrefleksje

Rzecz o moich porażkach

Porażka z reguły jest sierotą. By przełamać ten zwyczaj, dzisiaj podzielę się moimi błędami dyrektorskimi. A co! To postanowienie zrodziło się po wczorajszych warsztatach z mentoringu dla dyrektorów, którzy biorą udział w Pomorskiej Akademii Liderów Edukacyjnych organizowanej przez CEN.  Zrobię  to, do czego namawia dyrektor fińskiej szkoły, którą niedawno odwiedziłam. Mawia on: „Popełniłeś błąd? CUDOWNIE! Opowiedz, jak to się stało i pomóż nam uniknąć Twoich błędów”. Tak więc opowiadam, bo o sukcesach dyrektora – eduzmianiacza  już było. Gwarantuję, że porażki są ciekawe. No i rozwijające. 

  1. Porażka zwana „Zosią- Samosią”. Czy znacie to przekonanie, że któż, jak nie wy, zrobi wszystko najlepiej? Przecież musicie dopilnować wszystkiego, za wszystko odpowiadacie.  Nieważne, czy to organizacja szkolnego wydarzenia, warsztaty dla nauczycieli, czy może prowadzenie strony internetowej. Nie mówię oczywiście o innych, bardziej przyziemnych obowiązkach. Pierwszy rok mojej pracy jako dyrektora to mgliste wspomnienie wydarzeń, owszem, działo się wiele, zmiana była wpisana w każdy dzień, ale oprócz niej ciągła presja odpowiedzialności za dopilnowanie wszystkiego. Zamykałam rok i padałam na twarz. A potem? Odpuściłam sobie. I bynajmniej nie zmniejszyło się moje zaangażowanie, po prostu zaufałam innym. I nie zawiodłam się. 
  2. Niedzielenie się odpowiedzialnością. To trochę łączy się z pierwszym opisanym błędem, jednak tutaj co innego stanowi clou sprawy! A mianowicie. W pierwszym roku pracy zgubiła mnie otwartość na problemy wszystkich dookoła. Rodzice przychodzili do mnie ze wszystkimi możliwymi kwestiami. Drzwi się nie zamykały, a my z panem wicedyrektorem  praktycznie nie wychodziliśmy z pracy. Oczywiście, kontakt z rodzicem jest bardzo ważny, ale od czego w takim razie są w szkole: wychowawca, psycholog czy pedagog? Tutaj wdrożyliśmy doświadczenie przywiezione z jednego ze szkoleń dla dyrektorów. Dyrektor ma być obecny, ale stanowi ostatnie ogniwo w łańcuszku problemów. Na pierwszej linii jest bowiem wychowawca klasy, którego wspierają pedagog i psycholog. A kiedy to nie wystarcza, do akcji wkracza dyrektor. To prawda. Bo przecież kiedy dyrektor będzie pierwszym ogniwem, to co zrobimy, gdy on zawiedzie?  
  3. Odwlekanie pewnych (czasami trudnych) decyzji. Dwa i pół roku nauczyło mnie, że powinnam ufać swej intuicji. Kiedy mówi ona, że czas działać, to działam. Brzmi enigmatycznie? Powiem o jednej sytuacji, choć było ich kilka, jednak ze względu na kontekst „koleżeński” chcę być delikatna. Zbyt późno podjęłam decyzję o rezygnacji z papierowego dziennika, skazując naszą kadrę na wypełnianie dwóch: elektronicznego i właśnie papierowego. Wsłuchałam się w głos osób, dla których zmiana była zbyt trudna, a dziennik elektroniczny wydawał się sytuacją nie do przejścia, pomimo, że od jakiegoś czasu funkcjonował już w naszej szkole. Okazało się, że pomoc nauczycielom, konsekwencja w egzekwowaniu zapisów i determinacja wicedyrektora sprawiły, że poradziliśmy sobie z e-dziennikiem świetnie. A podwójne dokumentowanie naszej pracy było uciążliwym przekleństwem. 
  4. Unikanie konfrontacji. Przyszedł  taki moment, gdy z koleżanki stałam się przełożoną. Odwieczne problemy  szkolne ze stylem pracy niektórych nauczycieli stały się moimi problemami, co było szalenie trudne. Zanim wypracowałam sobie wewnętrzną siłę, by stawić czoła tym najbardziej betonowym osobom, zajęło to trochę czasu. By uniknąć mojego doświadczenia z tym trudnym początkiem w konfrontowaniu rzeczywistości, z pewnością warto się do tego przygotować, korzystając choćby z porad bardziej doświadczonych osób. Dziś nie mam z tym większego problemu, rozmawiam o faktach, oczekiwaniach, uczuciach i konsekwencjach. Doświadczenie szkoleniowe oraz to z codziennej pracy bardzo pomaga  mi w udoskonalaniu tej umiejętności. 
  5. Szybkie  podejmowanie decyzji – czasem trzeba tak zrobić, jeśli jednak sprawa dotyczy problemów międzyludzkich, jest to niewskazane. Z jakiegoś szkolenia dotyczącego przywództwa edukacyjnego przywiozłam „złotą radę” – najpierw trzeba się przespać z problemem, a dopiero później podejmować decyzję. I to staram się w swojej pracy czynić. Decyzje podejmowane naprędce z reguły nie były zbyt trafne.
  6. Ewaluacja kilku aspektów pracy szkoły – o tak, ta zaplanowana w pierwszym roku pracy nam „wyszła”. Zawaliliśmy siebie ankietami, planując później naprawę tak wielu aspektów pracy szkoły naraz. Tak się nie da! Najlepiej zbadać jeden obszar i potem skupić się na jego ulepszaniu. Udoskonalenie tego jednego aspektu pociągnie za sobą kolejne, zadziała jak efekt domina. Gdy chcemy od razu badać i naprawiać wszystko, polegniemy lub po prostu padniemy ze zmęczenia. 
  7. Mierzenie innych swoją miarą. No przecież jeśli większość chciała zmiany, to teraz powinna być zadowolona. Przecież jeżeli ja się uczę i rozwijam, to inni też powinni tak robić. Stop. Stop. Stop. Inne doświadczenie życiowe, inne oczekiwania, inne potrzeby, to wszystko sprawia, że nasze najwspanialsze plany mogą nie znaleźć zrozumienia u innych. Warto wtedy zatrzymać się, rozmawiać, wyjaśniać, komunikować rzeczywistość na nowo. A przy tym stale budować relacje i opierać się na sojusznikach zmian i tych, co myślą podobnie. 

CDN…

dyrektor na miarę czasówrefleksjerefleksyjny rodzicsprawczy uczeńtwórczy nauczyciel

Po co uczyć konstruktywnego doświadczania porażki?

„Shit happens, shit needs to happen and we should allow shit to happen” – ta nieco wulgarna myśl stanowiła metaforyczne hasło przewodnie do warsztatów prowadzonych przez Seana Bellamy’ego, w trakcie Szczytu Innowatorów Edukacyjnych 2016 organizowanego przez Fundację Ashoka. I wbrew swemu niezbyt ładnemu wydźwiękowi wprowadziła nas wszystkich w bardzo wartościowe spotkanie, które pokazało, jak ważne jest budowanie nowej jakości pracy szkoły, szkolnej przestrzeni, gdzie błąd nie oznacza końca świata, a porażka jest matką nietuzinkowych rozwiązań.

Warsztaty prowadzone przez Seana wkrótce zaadaptuję do potrzeb kadry mojego gimnazjum, dzisiaj jednak kilka słów o tym, dlaczego warto uczyć doświadczania porażki i przyjmowania jej we właściwy sposób.

Powodów jest wiele. W życiu zdarza się wiele sytuacji, kiedy nie osiągamy tego, co zamierzyliśmy. Niepowodzenia, obok szczęśliwych zdarzeń, to po prostu coś nieuniknionego. Im szybciej nauczymy się przyjmować porażkę jako bodziec i początek nowych, nieplanowanych rozwiązań, tym łatwiej poradzimy sobie, a nasza rezyliencja, czyli umiejętność dostosowywania się do zmieniających się warunków i zdolność do odzyskiwania utraconych lub osłabionych sił, wzrośnie.

Sean zaprezentował trzy postawy wobec porażki:

unikacz – „Przegram” – to jego motto. Unika porażki, boi się jej jak ognia. Nie jest kreatywny, nie podejmuje ryzyka, nie lubi wyzwań.

powielacz –„Mogę przegrać” – to myśl, która go nie opuszcza. Tak więc raczej powiela rozwiązania innych i niezbyt chętnie podejmuje nowe wyzwania, raczej powtarzając to, co wyszło.

zmieniacz – „Co się stanie, jeśli przegram”? – Tak myśli, szukając nowych dróg i rozwiązań trudnych sytuacji. Twórczy, łatwo adaptujący się w nowych sytuacjach, ukierunkowany na rozwiązanie.

Niestety, szkoła z reguły również utrwala wzorzec, w którym błąd piętnuje, podcina skrzydła, wyklucza z gry. Myślę, że warto pochylić się nad tematem i pomyśleć, jak zadziałać i zmieniać kulturę błędu na rzecz kultury rozwiązań. W Irlandii poznałam kilka fantastycznych gier, w których przegrany cieszył się jak dziecko, a przy okazji miał szansę wrócić do gry, mówiąc sobie, jak jest świetny.

Po co uczyć przyjmowania porażki w konstruktywny sposób? Po to, by nie kojarzyła się ze wstydem, a szansami, które daje. Dzięki temu będziemy bardziej kreatywni, empatyczni i świadomi swoich możliwości.